Michał Piekarski: Radość jest tuż...
Wystawy indywidualne w Polsce /Ciągłe poszukiwanie i poszerzanie granic sztuki wymaga otwartości i jest w moim przekonaniu właściwą postawą artysty.
Odkrywanie praw wzrokowych i dynamiczne prowadzenie oczu odbiorcy po obrazie ustanawia właściwy porządek i siłę kompozycji. Żyjemy w czasach fermentu prawd, który artysta odkrywa, szukając czegoś innego niż piękno oczywiste, odzwierciedlone. W moich płaskich kompozycjach literniczych nie obowiązuje mnie pierwszorzędna czytelność czy kolejność wyrazów, które przenoszą jedynie znaczenie. Interesuje mnie walor, kolor, proporcje, forma, jaka powstaje przy łączeniu liter, które mogę swobodnie układać w abstrakcyjne kompozycje wyzwolone z kategorii użyteczności i kolejności czytania. Twórcy w naszych czasach korzystają z tych nowych możliwości i malują słowami od momentu, kiedy Marinetti je uwolnił.
ZIELONA OKŁADKA. O UTRACIE BRONIEWSKI
Właściwa poezji Władysława Broniewskiego elegijność, z wyraźnym rysem żałobnym i katastroficznym, w trzeciej dekadzie XXI wieku nabiera innego wymiaru. Czytamy jego wiersze o utracie w świecie błyskawicznego obiegu informacji, które osaczają (i mogą obezwładnić) nadmiarem zła czy bólu. Jak radzić sobie ze strachem i osamotnieniem rzeczywistości pandemicznej i postpandemicznej? Skąd brać nadzieję w świecie wymierających gatunków i topniejących lodowców? Jak pomieścić w sobie obrazy tysięcy ludzi uciekających przed wojną, matek z dziećmi koczujących na dworcach i tych, których ciała wydobywane są spod guzów, bo uciec nie zdołali? Co powiedzieć młodej Ukraince, której dało się tymczasowy dach nad głową, kiedy wyznaje, że nie umie się już modlić? Czy słowa mogą pocieszyć rodziny z Izraela i Strefy Gazy opłakujące swoich bliskich, zburzyć mury, otworzyć granice, nakarmić, opatrzeć, wyleczyć? Autor Troski i pieśni latami zadawał sobie pytania o sens ludzkiego cierpienia. Obeznany ze stratą, bo doświadczający śmierci bliskich, losu więźnia i tułacza, rozpadu ważnych dla siebie relacji oraz politycznego manipulowania ideałami, za które gotów był umrzeć – taki Broniewski czeka na przemyślenie na nowo, właśnie teraz. Mój zaczytany dziś do granic, rozpadający się prawie zbiór wierszy i poematów Broniewskiego kupiłam w księgarni przy Długim Targu w Gdańsku. Ma zieloną okładkę i wtedy skojarzył mi się z nadzieją. Kiedy po kilkunastu latach przygotowywałam ważną dla mnie książkę o polskiej poezji żałobnej, właśnie słowa autora Anki narzuciły mi ostateczny tytuł całości. Upokorzony zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym, złamany śmiercią dziecka Broniewski pisał: „Nie wiem, czy zdołam na nowo podjąć »ciężar pieśni«. Właściwie po takim potraktowaniu mnie przez [------] rządzących dobroczyńców nie mam na to ochoty. Nie będzie nowych Trenów. Nawet nie będę publicznie płakał, jak na pogrzebie”1 . Nie dotrzymał tych postanowień – na szczęście dla poezji polskiej – ale warto pamiętać, jakim kosztem.
1. Wiekowe płockie dęby, symbole niezłomności, nie przypadkiem patronowały jego poezji. Broniewski był wychowany według tradycyjnego modelu zachowań, w którym słabość nie przystoi dorosłemu mężczyźnie, a przez życie trzeba iść „z czasem 1 Zob. komentarz F. Lichodziejewskiej do: W. Broniewski, Poezje zebrane. Wydanie krytyczne, oprac. F. Lichodziejewska, t. III, Płock–Toruń 1998, s. 405. i losem ząb za ząb” (Mazowsze, s. 451)2. Wzrastał w kulcie polskiego bohaterstwa: jego przodkowie brali udział w powstaniach, on sam walczył w Legionach, a za udział w wojnie polsko-bolszewickiej został odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych. Przeszedł przez więzienia na Zamarstynowie i Łubiance tak dzielnie, że osadzeni wraz z nim wspominali jego postawę z niekłamanym podziwem. Ten żołnierz Andersa, ideowy komunista, mężczyzna wielkiej odwagi, był jednocześnie człowiekiem niezwykle wrażliwym i z tym większym trudem powściągającym uczucia. Rachunki osobistych strat życie wystawiło mu wcześnie: ojciec osierocił go jako pięciolatka, rozpadło się jego pierwsze małżeństwo, przez całą wojnę był rozdzielony z ukochaną córką Joanną. Dwukrotnie przeżył żałobę po swojej drugiej żonie Marii (w Palestynie otrzymał fałszywą wiadomość o jej śmierci w Oświęcimiu, a gdy połączyli się po wojnie, wkrótce zmarła). Jednak największym ciosem okazała się śmierć Joanny, zwanej Anką, która w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach zatruła się gazem. Córka miała wtedy zaledwie dwadzieścia pięć lat. Broniewski, od lat uzależniony od alkoholu, 2 Wiersze poety cytuję za wydaniem: W. Broniewski, Wiersze i poematy, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1987, podając w nawiasie numer strony. w rozpaczy prawie doprowadził się do śmierci – trafił wtedy do Państwowego Sanatorium dla Nerwowo Chorych w Kościanie. Do końca nie podniósł się z tej straty, nie przestał pić, nie odzyskał w pełni woli życia. Ratunek przynosiła, mimo wszystko i nade wszystko, poezja. Broniewski pisał wiersze – i tylko poprzez poetyckie słowo mógł w pełni wypowiedzieć to, co rozsadzało formy narzucone mu najpierw przez konserwatywne wychowanie, potem – patriotyczne, żołnierskie i rewolucyjne wzorce postaw. Mierzyć się z utratą, wpisaną w ludzki los. Nazywać ją po imieniu, odsłaniając inną prawdę o sobie: słabym, pełnym wahań, lęku, nawet rozpaczy. Jednak nawet w najczarniejszych utworach wybrzmiewa wewnętrzna niezgoda na Norwidowską nić melancholii, za sprawą której jest i będzie „źle, źle zawsze i wszędzie”3 . Jakieś wezwanie do odwagi, do najtrudniejszej nadziei.
2. Broniewski depresyjny i żałobny jest, zdawałoby się, tradycjonalistą. Wychowany na polskich romantykach, z głęboko uwewnętrznionymi wzorcami 3 Zob. C.K. Norwid, Moja piosnka [II], w: tegoż, Poezja i dobroć. Wybór z utworów, Warszawa 1981, s. 387. wyznaczonymi przez poezję Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego i Cypriana Norwida, a w przypadku trenów poświęconych córce – Jana Kochanowskiego, prowadzi swoje teksty meandryczną ścieżką stylizacji, która staje się reinterpretacją ich genologicznych czy stylistycznych źródeł4 . Przejmując gatunkowy model intymnej notatki lirycznej, wiersza elegijnego lub funeralnego autor Krzyku ostatecznego nasyca go charakterystyczną dla siebie niespokojną dykcją i gwałtowną bezpośredniością. Dążenie do rygorystycznej prostoty, prozaizowanie, kolokwializmy brzmią przejmująco zwłaszcza w tych wierszach, których tematem staje się uczuciowe ogołocenie, niemożliwa do uniesienia samotność czy tęsknota. Śpiewność i rytmiczność raz po raz przełamywana jest przez wdzierającą się w uporządkowany tok wiersza ekspresyjną składnię: eliptyczne, urwane, wykrzyknikowe zdania przenoszą „ja” Broniewskiego w kolejne kręgi wewnętrznego mroku. Liryka utraty poddaje się logice emocji, jej niedoskonałość formalna jest (zwłaszcza dla twórcy tak skupionego na oddaniu prawdy własnych przeżyć) stemplem wiarygodności. Przypomina intymny 4 Więcej o intertekstualnym wymiarze twórczości funeralnej Broniewskiego piszę w książce dziennik. Broniewski po śmierci Marii Zarębińskiej zapisuje modlitwę ateisty: Marychna! Modlę się do Ciebie. Jesteś w jakimś moim bezwyznaniowym niebie, po której następuje swoista ars poetica, adresowana także do siebie samego i czytelników: a ja sobie tu chodzę po tym życiu, po tym życiu, kocham się w mojej żonie, płaczę w ukryciu i do niej – nie! nie tylko do niej – piszę listy, jak pisał Cyprian Kamil: „...piszę pamiętnik artysty, zagryzmolony i w siebie pochylon, obłędny, ależ wielce rzeczywisty.” (Do umarłej, s. 326)
3. Poeta buduje dramatyczny ton emocjonalny także przez łamanie rytmu wiersza, świadome naruszenie regularności rymów i współbrzmień, powtarzalność słów i fraz. Zwłaszcza w Ance, żałobnym tomie z 1956 roku skomponowanym z utworów poświęconych córce, rozluźnione rygory wiersza oddają gwałtowność i skrajność uczuć „osieroconego” ojca. Najczęściej jest dramatyzowanym monologiem: soliloquium, w którym liryczna relacja skierowana jest do wewnątrz, przy pozorach rozmowy z umarłą ożywianą wysiłkiem pamięci. Treny Broniewskiego są pełne wkrzyknień, pytań retorycznych, wyznań, zwrotów do nieobecnej, opartych na figurze prozopopei, czyli „fikcji apostrofy do istoty nieobecnej, zmarłej lub niemej”, w której wzywający „zakłada możliwość odpowiedzi tej istoty i przypisuje jej zdolność mówienia”5 . Na naprzemienne próby nawiązania kontaktu i skargi na opuszczenie, chwile pocieszenia i nawroty bólu nakładają się jeszcze podejmowane przez poetę próby mitologizacji przeszłości. Poeta utożsamia zmarłą z nadwiślańską przyrodą, oplata „w miłość, śmierć i legendę” (Bratek, s. 383). Poczucie życiowej klęski miałoby złagodzić przywołanie wspólnej pracy nad filmem o Wiśle, przygotowywanym przez ojca i córkę tuż przed śmiercią Anki. Broniewski nie tylko pragnie uobecnić utracone dziecko, on rekontekstualizuje przeszłość, zamieniając okruchy wspomnień (rzeka – jej źródło i ujście, podróż, sarkofag…) w funeralne toposy. Z tęsknoty i miłości buduje wyidealizowany obraz duchowej wspólnoty ich dwojga. 5 Por.: P. de Man, Autobiografia jako od-twarzanie, przeł. M.B. Fedewicz, „Pamiętnik Literacki” 1986, z. 2, s. 314. Autor żałobnego tomu próbuje też, zwłaszcza w Trumnie jesionowej, odwołać się do etosu budowniczego Polski Ludowej. Obowiązująca socrealistyczna topika pracy dla dobra wspólnego zakładała urzędowy optymizm – i rugowała z poezji te wątki prywatne, które mogłyby podać w wątpliwość pełne ideologiczne zaangażowanie autora. Dlatego w wersji przeznaczonej do druku Broniewski kończy wiersz deklaracją, brzmiącą na tle całości jak emocjonalny dysonans: Ale nie poddam się, nie poddam i będę kroczył w dal za dalą, i ciężar pieśni ludziom oddam, co na budowach światła palą. (s. 365) Tymczasem pierwotna wersja utworu była skargą, która brzmi jak zaprzeczenie sentencji Ars longa, vita brevis: Nie doczekam się ja Ciebie, miła, nagrodzili ponad zasługę... Twoja śmierć coś we mnie zabiła – a życie długie. 6 Nieoczywiste nowatorstwo Broniewskiego, który naruszył ówczesne poetyckie decorum, prawie zupełnie ignorując wymogi socrealizmu i kładąc na szali wizerunek niezłomnego poety rewolucyjnego, spowodowało konsternację krytyki, zaskoczyło 6 Por. komentarz F. Lichodziejewskiej, dz. cyt., s. 411. też czytelników. Autor Drzewa rozpaczającego nie zepchnął żałoby do sfery prywatnej, uznał ją za integralną część swojego pisarskiego doświadczenia. Jarosław Iwaszkiewicz zanotował wtedy: „Pierwsze wydanie nie zrobiło dobrego wrażenia, bo wydawało się nieco niedyskretne”7. Ten sam dyskretny Iwaszkiewicz, który nie zdecydował się za życia opublikować całego cyklu Droga, poświęconego pamięci zmarłego w 1959 roku ukochanego Jerzego Błeszyńskiego…
4. Dla Broniewskiego doświadczenie utraty jest właściwie tożsame z Fatum. Już we wczesnych Listopadach pisał: „Jak błękitny płomień alkoholu,/ płoniesz we mnie, moje nieszczęście” (s. 73), a podczas wojennej tułaczki pytał retorycznie: Więc na co mi inny świat, inna część świata, skoro czy tu, czy tam, w życiu zawiłem trwale to tylko mam, co utraciłem? (Mojemu sercu w Palestynie, s. 261) Wypatrywał znaków zapowiadających nieszczęście, wpisywał je w tkankę wiersza, jakby zaklinając przyszłość 7 Por. J. Iwaszkiewicz, Powrót do jasności, „Życie Warszawy” 1960, nr 128, s. 231. katastroficznymi obrazami mgły, wiatru, skrzydeł kruka, cienia, zachodzącego krwawo słońca. W centrum poetyckiego imaginarium Broniewskiego królują jednak drzewa, których korony z każdym życiowym ciosem stają się bardziej nagie, cmentarne. Najbliższe są mu dwa symboliczne obrazy, znamienne, bo rozpięte pomiędzy comploratio i consolatio: brzozypłaczki, pochylonej pod ciężarem nieszczęścia aż do zatracenia się w rozpaczy oraz dębu, który, ogołocony, trwa w zamieci pomimo cierpienia, posłuszny imperatywowi męstwa. „Ja” poety dociera do egzystencjalnej granicy, za którą nie ma już nic innego niż wierność sobie. Testamentarne „Odwagi! To ja – dąb” brzmi jak ostateczne rozszyfrowanie wpisanego we własny los kodu bohaterstwa. Wszak drzewa umierają stojąc.
Rewolucje się wypalają, rządy zmieniają, granice dzielą innych już tułaczy, wygnanych z domów przez nowe wojny. Żyjąc tracimy bliskich, drogie nam miejsca, czasem nawet przekonanie, że nasze istnienie jest komuś potrzebne. Pytania o sens cierpień spowodowanych utratą są – w najogólniejszym wymiarze – zawsze podobne. Autor Anki znał i zapisał zarówno krzyk nad trumną dziecka, jak wielomiesięczną depresję żałoby. Doświadczył podobnej wewnętrznej ciemności jak ci, którzy dzisiaj w obliczu niezrozumiałych okrucieństw wojennych tracą wiarę, ufność wobec drugiego człowieka i może nawet zdolność do miłości. Broniewski odtworzył w swoich wierszach uczucie bezdomności: tej dosłownej, znanej choćby uchodźcom potrzebującym azylu i tej egzystencjalnej, która sprawia, że z największym trudem podejmujemy co rano wysiłek bycia wśród innych. Wybrał przy tym język najprostszy, nieuładzony – rozpięty między krzykiem i szeptem – przez co bardzo współczesny. Czytany w tym kontekście Broniewski staje się coraz mniej „oficjalny”, odsłania się jako niosący swoje straty człowiek, który potrafił przemienić cierpienie w poezję. W zielonych okładkach znajduję dziś przede wszystkim „słowo, płaczące słowo” (Na uboczu, s. 376) i – jednak – jakąś nadzieję*. Anna Spólna *Esej został napisany w grudniu 2023 roku.