Wystawy Strona główna

Piotr Krochmalski: „Stockpot” rysunki / drawings

Wystawy indywidualne w Polsce /
nazwa

Stockpot / rysunki / drawings

miejsce

Pińczowskie Samorządowe Centrum Kultury

czas

wstęp

Darmowy

artyści

dr Piotr Krochmalski

kuratorzy

dr Sylwia Caban, Paweł Kisielewski

Stockpot -

„Stockpot” to niewątpliwie wystawa z kluczem, jak zresztą większość moich wystaw. Geneza tego klucza sięga lat 70-siątych ubiegłego stulecia. W roku 1977, będąc po drugim roku studiów na wydziale Grafiki warszawskiej ASP, wyjechałem na całe 3-miesięczne wakacje do Londynu. Cel był prosty, prozaiczny i dość powszechny w tamtych latach wśród młodzieży akademickiej – chciałem zarobić trochę pieniędzy. Znalezienie pracy nie było mi dane od samego początku pobytu, ale w tym „bezrobotnym” czasie z chęcią pozwiedzałem stare kąty. Z Wielką Brytanią, w tym i z Londynem, związane było szereg lat mojej wczesnej młodości. To był mój pierwszy wyjazd po 7-letniej przerwie. Tym razem patrzyłem na to kolorowe, wiecznie tętniące życiem miasto po raz pierwszy jako człowiek dorosły (no prawie dorosły). W końcu jednak, po kilkunastu dniach obijania się i chłonięcia tego jakże innego od naszych realiów miejsca, wspomnianą pracę znalazłem. To była klasyka – barman/kelner/sprzątacz w maleńkim bistro, położonym w samym sercu Londynu, na jednej z małych uliczek, tuż przy Piccadilly Circus. Knajpka o nazwie „Stockpot” była typowym miejscem lunchowym jakich pełno w centrach wielkich miast – 6-7 stolików i bar na dole, plus mała 2-3 stolikowa antresolka, czynna tylko w porze lunchu. Rano można było zjeść tam śniadanie, potem lunch, a wieczorem jakieś małe danko, lub coś na słodko z kawą. Do tego bar serwujący piwo i wino. Dodam, że bistro „Stockpot” prowadziła typowa grecka, wielopokoleniowa rodzina, której większość członków pracowała w ten czy inny sposób w tym miejscu od lat. Moja praca z logistycznego punktu widzenia, była dość monotonna i nudna – przychodziłem bardzo wcześnie, jeszcze przed otwarciem i sprzątałem cały lokal. Potem gdy go otwierano stałem za barem, w najgorętszej porze lunchu to samo i trochę pomagałem kelnerkom, a gdy przychodziło mniej ruchliwe i nieco ospałe popołudnie znów stałem za barem aż do zamknięcia lokalu ok 22:00. Właśnie te spokojne popołudnia i wieczory lubiłem najbardziej. Nie dlatego, że leniłem się w pracy (choć przyznam, że nieraz po lunchu byłem nieźle zmęczony), ale ze względu na fakt, iż między 18:00 a 22:00 do „Stockpotu” zaczynała schodzić się zupełnie inna i dość specyficzna klientela. I tak jak rano i w ciągu dnia jej gośćmi byli typowi Londyńczycy, pracownicy wielu okolicznych firm i biur, a także liczni turyści, to w tej ostatniej porze pracy knajpki zaczynali przychodzić zupełnie inni ludzie. Było wśród nich mnóstwo dziwaków, artystów i ekscentryków, którzy dopiero pod wieczór, jak nocne ćmy, wychodzili na miasto ze swych domów. To była istna galeria osobliwości, zarówno pod kątem wyglądu czy ubioru (czasami odnosiłem wrażenie, że w pobliżu znajduje się teatr i na kawę wpadają aktorzy w kostiumach), jak i ze względu na ich fizjonomię i zachowanie. Wtedy, gdy nie byłem akurat zbyt zajęty obsługiwaniem klientów, moim ulubionym zajęciem było siadanie na nieczynnej dla gości o tej porze antresoli i przyglądanie się im. Jednak nie poprzestawałem wyłącznie na obserwacjach – brałem kartkę papieru (często nieaktualne, stare menu) i na odwrocie szkicowałem portrety tych osobników. Niektórych dobrze znałem z widzenia, bo przychodzili niemal co wieczór, z niektórymi zamieniałem kilka słów gdy coś im podawałem, innych znowu widziałem tylko raz. To było naprawdę fascynujące. Pamiętam, iż czułem się wtedy tak, jak wyobrażałem sobie, że musieli się czuć moi ulubieni artyści z dawnych epok – szkicujący portrety ciekawych ludzi na każdym kroku, niezależnie od tego czym byli właśnie zajęci. Muszę dodać, że moi greccy pracodawcy, zorientowawszy się co robię i wiedząc, że jestem w trakcie studiów artystycznych, bardzo przychylnie odnosili się do mojego rysowania i starali się nie obarczać mnie w tym czasie zbytnią ilością obowiązków. Jestem im za to do dzisiaj wdzięczny. Lubili te moje szkice, kilka zostawiłem im nawet na pamiątkę gdy żegnaliśmy się pod koniec wakacji.

I tu dobijam do genezy powstania wystawy. Kilka miesięcy temu, robiąc porządki w pracowni, natknąłem się na dawno zapomniane stockpotowe szkice. Często proste, lapidarne, robione dosłownie jedną kreską, czasem bardziej zaawansowane (jak te dwa, które pokazuję na wystawie), jednak zawsze z wyraźnym rysem chęci uwiecznienia charakterystycznej dziwaczności i oryginalności danej postaci. Postanowiłem dać tym szkicom drugie życie, jakby ożywić je. I wykonałem na ich podstawie te 12 portretów, będących swoistym gabinetem osobliwości, figur odwiedzających „Stockpot” prawie 50 lat temu. Większość z moich modeli pewnie już nie żyje, ale ich portrety sprawią, że staną się kimś ważnym nie tylko dla mnie. Narysowałem tylko ich twarze, celowo użyłem jako podłoża starych, nieco zjedzonych zębem czasu tektur i papierów, które specjalnie w tym celu spreparowałem tak, by przenieść tę portretową opowieść pół wieku wstecz. Cieszę się, że mogłem tych ciekawych ludzi poznać, sportretować i pokazać ich Państwu na niniejszej wystawie.

Piotr Krochmalski


Stockpot -