Luiza Kwiatkowska: PlaKoty Luizy on tour

Wystawy indywidualne w Polsce /
 nazwa
PlaKoty Luizy on tour / Luiza’s catosters on tour
 termin
 kuratorzy
Yana Nelyn
 wstęp
Darmowy

Artur Tanikowski
Kto, jak nie kot? PlaKoty Luizy Kwiatkowskiej

Mianem „plakota” określono rok temu łaciatego mruczka, który „przysiadł na gęsto uliścionej gałęzi w samym centrum plakatu [Henryka] Tomaszewskiego do XIII Międzynarodowego Biennale Plakatu w Warszawie 1990”. To „kot-plakat, by nie powiedzieć: plakot” (Artur Tanikowski, W szkole i na wagarach. Koty w polskim plakacie, w: JA, KOT. Koty w sztuce Japonii i Zachodu, red. Anna Król, kat. wystawy w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha, Kraków 2022, s. 102). Ten osobnik na stałe, z pełną świadomością wybranego miejsca (przez siebie czy artystę – mniejsza o to!) suwerennie zamieszkał w przestrzeni plakatu.
Jeśli coś łączy niezliczone kocie osobistości z kompozycji Luizy Kwiatkowskiej, to przede wszystkim wysmakowanie wizualne i pla-kotowa pokora. Pierwsze da się opisać łatwo już w odniesieniu do zestawień chromatycznych: przygaszony błękit, wzbogacony czerwienią kociej sylwetki i posiekany przecinkami czerwonego deszczu; mocny róż na płaskiej plamie turkusu, kontrapunktowanej wykropkowaną, zieloną kałużą; ochra i czerń konturu na wyblakłym niebieskawym prześcieradle. Uważne oko dostrzeże w katalogu tych zestawień pojedyncze pokrewieństwa, jak choćby w przypadku „samotnika” (Isolation), „prawdomruczka” (The truth) czy ich kumpla zwiniętego w kłębuszek, ukojonego do snu i kojącego oko widza (Calm).
Gdzie szukać pla-kotowej (plakociej) pokory w pracach Luizy Kwiatkowskiej? Otóż rozumiemy ją jako grzeczne zmieszczenie się i znieruchomienie w obrazowym kadrze, prostokącie o takich samych – zazwyczaj – proporcjach. Artystka bardzo konsekwentnie wyznacza przestrzeń swych projektowych wypowiedzi; mówi do nas przez okno tej samej wielkości, ustawione najczęściej wertykalnie, rzadziej – horyzontalnie. Opowiada tyleż o kotach, co o sobie – sprawozdaje własne emocje, komentuje osobiste potrzeby. Zazwyczaj unika przy tym raportowania o stanie świata i jego mieszkańców.
Kot jako medium, czy może raczej alter ego artystki? Artystka jako kot/kotka? Jest więc Luiza Kwiatkowska „alter-egoistką”? Nie brnijmy w słowotwórczy ślepy zaułek, w którym każdy kot dałby sobie radę, a „hjuman” już niekoniecznie. Zaryzykujmy za to postawienie warszawskiej projektantki (zarazem nieodrodnej „kociej mamy”) w szeregach dość zacnych. Przypomnijmy bowiem, że „w pierwszej połowie XX wieku umacnia się koncepcja duchowego powinowactwa artystów i kotów, splatając się z mitem zbuntowanego intelektualisty. Liczni są wówczas mężczyźni i kobiety kultury, którzy posiadają kota i obnoszą się z tym, od Colette przez [Tsuguharu] Foujitę po [Jeana] Cocteau. Ich zachowania i wypowiedzi rozpowszechnia zdemokratyzowana szkoła i coraz liczniejsze media, a sposób, w jaki przedstawiają kota, zostaje przekształcony w naturalny portret tego zwierzęcia ery kultury masowej” (Éric Baratay, Kocie sprawy. Koty tworzą swoją historię XVIII – XXI wiek, przeł. Krzysztof Jarosz, Wydawnictwo W Podwórku, Gdańsk 2022, s. 172.).
Kwiatkowska jest nieodrodną wychowanką samego Mieczysława Wasilewskiego. Bez zbędnych skrupułów i fałszywej skromności mierzy się w swych pracach z niepodrabialnym duktem swego mistrza, wykreowanym na pograniczu rysunku i malarstwa. Ten dialog wybrzmiewa najmocniej i najciekawiej w pracach o najskromniejszej skali barwnej, zazwyczaj po prostu czarno-białych, takich jak I’m back, Simple, Sleeping czy This charming cat. Wśród nich na szczególne wyróżnienie zasługuje Curious cat – w nim najwyraziściej Kwiatkowska nawiązuje do metody Wasilewskiego. On to, pod wpływem podróży do Chin w latach 80-tych XX wieku, zmienił szlak własnej „podróży po kartce papieru”, gdy podglądał mnichów malujących tuszem z prestidigitatorską sprawnością.
Balansowanie na pograniczu rysunku i malarstwa to nie jedyny artystyczny proceder, którym Kwiatkowska nawiązuje do metod rozwiniętych przez najciekawszych przedstawicieli tzw. polskiej szkoły plakatu. Innym jest wykorzystanie strategii przypadku, gdy tusz rozlewa się w nieplanowane strumyki, rzeki czy akweny, a twórca potrafi wykorzystać ich ekspresję (Blurred).
Bodaj najbardziej nieadekwatnymi do opisania kociego świata wydają się takie pojęcia, jak „wyjątek” czy „wyjątkowość”. Wyjątkowy kot? A który nie jest wyjątkowym? Zamiast o wyjątkach, mówmy więc o rzadkich wypadkach wyłamywania się z ram plakociej pokory – nie wszystkie czworonogi są w pracach Kwiatkowskiej znieruchomiałe. Ot, choćby ten, który robi mostek na zielonej łączce (Jumping, falling), albo inny, uchwycony w postawie protestującego robotnika, z cokolwiek wałęsowskim wibrysem i z pazurkami zaciśniętymi w piąstki (Power)…
Fachowcy od promocji twierdzą, że „kot sprzedaje wszystko”, a jego perswazyjna siła wykracza daleko poza artykuły dla zwierząt. Mógł ich w tym utwierdzić Tadeusz Gronowski, który wprowadził kota na „plakotowe” salony, czyli na niezliczone słupy ogłoszeniowe i płoty miast i miasteczek międzywojennej Polski. Radion sam pierze (1926) zrobił karierę niebywałą, reklamując mydło produkowane przez warszawski koncern Schichta. Za Gronowskim podążył w Paryżu Erwin Blumenfeld w fotomontażu reklamującym mydło Monsavon. Biel kociego futerka nie jest czysta, bo sam kot Blumenfelda ukazany na smolistym tle, dopiero schyla się nad obłą kostką „cudownego” mydła. Równo dekadę wcześniej kot Gronowskiego zdążył już wyskoczyć z balii z Radionem po wybieleniu sierści do barwy śniegu. Patrząc na obie wymienione prace międzywojennych twórców, pod względem perswazyjnej siły przekazu śmiało moglibyśmy zestawić z nimi wyrysowanego żółtą, luminescencyjną kreską przystojniaka w kapelusiku, który trzyma w łapce puszkę z napojem, zapewne energetycznym… Aż chce się pić!
Kocie prace Luizy Kwiatkowskiej przychodzą na świat na pograniczu tuszu i grafiki komputerowej. Trudno jednoznacznie określić ich artystyczny gatunek: raz są bliższe ilustracji, kiedy indziej autorka opisuje je jako plakaty. Materializują się na wystawach i w towarzyszących im katalogach, wędrują w przestrzeni internetu. Każdorazowi jedynowładcy wirtualnego kadru czy papierowego arkusza – rządzą. Rozpychają się w pojedynkę w tym swoim oknie do tego stopnia, że niemal poza jego framugi wyrzucają towarzyszące im inskrypcje! Mają zdolności synestetyczne, bo zdają się mruczeć lub cicho miałczeć na różowych, błękitnych czy fiołkowych prostokątach teł. Niemal zawsze uważnie nam się przyglądają.
© Kotyrajt baj Artur, prawny opiekun kota Snópika

Luiza Kwiatkowska: PlaKoty Luizy on tour